Spotkanie krewnych jeńców

W minionym tygodniu w łambinowickim muzeum rozpoczął się zjazd rodzin jeńców z Oflagu II D Gross Born. Oflag istniał w latach 1940-45 i należał do największych obozów dla polskich oficerów zorganizowanych przez Wehrmacht w latach II wojny światowej na terenie III Rzeszy.

Każdy potomek jeńca oflagu miał okazję zaprezentować swojego przodka. W sumie blisko trzydzieści osób, krewnych piętnastu jeńców spotkało się, by wspólnie wspominać swoich bliskich, wymieniać informacje, zaprezentować rodzinne pamiątki związane z wojną i niewolą.

Jednym z uczestników spotkania była Małgorzata Niewiarowska z Bydgoszczy, córką porucznika Bolesława Niewiarowskiego. - Tato mój był zawodowym oficerem już w czasach przedwojennych - opowiadała „Nowinom”. - Po bitwie nad Bzurą, a więc w czasie pierwszych dni II wojny światowej dostał się do niemieckiej niewoli i tam spędził całą wojnę, już nie miał szans na wzięcie udziału w walkach. Przebywał w trzech obozach niemieckich, w tym w Gross Born. Wrócił dopiero w sylwestra 1945 roku. Przypłynął do Gdyni, ale w ciągu określonego, bardzo krótkiego czasu miał ponownie zgłosić się w wojsku. Z powrotem ojca do kraju wiązała się zresztą rodzinna historia. Babcia i siostry taty strasznie obraziły się na niego, bo wrócił najpierw do narzeczonej. Rodzice bowiem - mimo, że już zostały odczytane ich zapowiedzi - nie zdążyli przed wojną wziąć ślubu. Ich miłość musiała poczekać sześć lat. Mama wiedziała, że tato żyje, bo rodzice pisali do siebie. Tato dochodził czterdziestki i niczego innego prócz służenia w wojsku zawodowo w życiu nie robił. Rodzice chcieli wziąć szybko ślub, żeby ojciec wraz z  przydziałem dostał kwaterę dla siebie i żony. Poszli więc do Urzędu Stanu Cywilnego, ale okazało się, że ten jeszcze nie funkcjonuje i kazano im przyjść za trzy dni. O powrocie taty z niewoli jego rodzina dowiedziała się poprzez anons w gazecie mówiący o tym, że 8 stycznia 1946 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego, jako pierwsi ślub wzięli moi rodzice - Helena Lewińska i Bolesław Niewiarowski. Pani Małgorzata przekazała Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach cenny dar - listy swojej mamy słane do więzionego w Gross Born ojca. - Latem tego roku przeczytałam w prasie ogłoszenie mówiące o tym, że muzeum w Łambinowicach zbiera pamiątki po jeńcach. Wcześniej nie wiedziałam o istnieniu takiego muzeum, a w tym czasie zastanawiałam się co zrobić z tymi pamiątkami. Dziś jestem bardzo szczęśliwa, że znalazły się w rękach pasjonatów. Im bardziej nawiązuję kontakty z tym muzeum, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to była najlepsza z możliwych decyzji. A co było dalej z moimi rodzicami? Tato jednak nie wrócił do wojska, bo wojsko nie chciało sanacyjnego oficera - takiego podejrzanego elementu. Wypłacono mu więc dwumiesięczny żołd i tyle. W cywilu został najpierw kierownikiem młyna, a potem rodzice przenieśli się do Chobielina. Co ciekawe przez pierwszy rok swojego życia mieszkałam w pałacyku, który teraz jest własnością Radosława Sikorskiego. Tato nie mógł jednak patrzeć na kradzieże w tym gospodarstwie, które dokonywano według zasady, że „jak państwowe to niczyje” - dodaje pani Małgorzata.

Równie ciekawie o swoim ojcu - Janie Wepie opowiada jego syn Wiesław. - Kiedy wybuchła wojna tato miał 27 lat i jako rezerwista został powołany do wojska. Wstąpił do Armii Pomorze i walczył nad Bzurą. Po przegranej bitwie trafił do niewoli. Większość czasu spędził w Gross Born. Tato nie chciał opowiadać o czasie niewoli. Jedynym jego wspomnieniem, którym się dzielił była opowieść o sporcie, bo był przed wojną był biegaczem. W 1944 roku Niemcy pozwolili zorganizować olimpiadę obozową. Wzięło w niej udział 400 zawodników. W tym czasie w obozie przebywało aż 9 olimpijczyków, więc poziom był dość wysoki. Tato przed wojną był mistrzem okręgu w biegach na średnim dystansie, a na tej wyjątkowej olimpiadzie obozowej zdobył srebrny medal. Ja odziedziczyłem po nim umiłowanie do sportu i zostałem triathlonistą - dodaje pan Wiesław.

Jan Wepa był jeńcem Gross Born do 1944 roku. - Kiedy zbliżał się front został wraz z innymi jeńcami przepędzony w głąb Niemiec. Tam został wyzwolony przez Brytyjczyków w maju 1945 roku. Potem wstąpił do wojska generała Maczka. Po powrocie do kraju nie mógł się odnaleźć w nowej, komunistycznej rzeczywistości. Był nękany i niechętnie opowiadał o przeszłości. Niedawno to ja zacząłem interesować się bardzo historią. Żałuję jednak, że nie ma już obok mnie najbliższego mi - naocznego świadka tamtych wydarzeń. Tato umarł bowiem w 1995 roku - dodaje.


Źródło:
Nowiny Nyskie, nr 47, 21-27 listopada 2017, str. 12

wstecz